Parisienne

Parisienne

Jest rok 2019. Wtedy był 2008. 
Mam 36 lat i jestem w Krakowie. 
Wtedy miałam 25 i przyjechałam do Paryża studiować reżyserię filmową. 
 
Przyjaciel-rodziny-od-zawsze udostępnił mi swoje mieszkanie w niezaprzeczalnie eleganckiej Ósemce, tuż przy Łuku Triumfalnym (dziękuję O.M. – On wie o kim Mówię:) ). Stara kamienica, fantastycznie paryska. Smukłe okna, wysokie sufity, mosiężne klamki i to, co pamiętam najlepiej (a może to imaginacja?), cudownie miękki, gruby, bordowy dywan w hallu na każdym piętrze. 
Mieszkanie zdecydowanie przewyższyło moje studenckie oczekiwania. A co najważniejsze – dwa pokoiki w amfiladzie, połączone z zewnątrz korytarzem, umożliwiały chodzenie w kółko. Pierwsze mieszkanie, od czasów wyprowadzki z tego rodzinnego, w którym nie muszę się wiecznie cofać. To była duża radość. 
 
W tym właśnie miejscu, w tym właśnie czasie, powstała Parisienne. Bezrefleksyjnie. Czysto intuicyjnie. 
Nie pamiętam jak powstawała. Pamiętam po co powstała. Zasłoniła mało pociągającą estetycznie okładkę zeszytu. Nudną, taśmową. Potrzebowałam tam czegoś swojego, bo zeszyt ważny. Miał mi towarzyszyć prawie każdego dnia mojej paryskiej przygody, zawierając w sobie całą mą filmową wiedzę i niewiedzę. 
Parisienne stała się więc dopełnieniem mojego narzędzia. 
 
Ja, mój motor, francuskie stypendium rządowe i Paryż. 
Bruk, wąskie uliczki. Obłędna architektura. Rowery nocą. Dekadencki półmrok.  Pain au chocolat. Musée d’Orsay. Poznawanie nieznanego i nieznanych. Dym. Świeczki. Dużo kawy, dużo wina. Ludzie zewsząd i znikąd. Papierosy, trawka, Louis Vuitton. Wieża Eiffla, na którą nigdy nie dotarłam. Kac. Notre-Dame. Kolacje ę-ą z ‘a baaaa oui’, zamieniające się po kilku butelkach w ‘formidable et magnifique’, a jeśli nie, to w angielskie wyjście. Hermes. Gitara. Bagietka. Louvre. Pięćdziesiątka wódki za 20 euro w Ósemce. O-la-la! Hedonizm. Miłość. Ciasne mieszkania Azjatów z Dziewiętnastki. Klaksony, korki. Śmiech. LaChapelle, który pojawił się i wtedy w Paryżu i w Parisienne. Nieświadomie. Merde. Place de la République. Croissant. Tanie wino z Francuzami nad Sekwaną. Pola Elizejskie. Pracownie ślepnących artystów. Montmartre. Polski bar. Cokolwiek alkoholowego z polskimi imigrantami, którzy przyjechali tu tylko na chwilę. Piętnaście lat temu.
 
I tak przez cały rok. W dowodzie ćwierć wieku i zero większej odpowiedzialności. 
 
Bajka… ? 
 
Nie pamiętam już emocji towarzyszących powstawaniu Parisienne. Wiem jednak jakie emocje wywołuje u mnie teraz: nostalgię pięknych wspomnień niepopartych faktycznym doświadczaniem. 
Byłam tam, ale nie było mnie wcale. Żyłam tam, ale jakby nie swoim życiem. Nie czułam go. Po prostu żyłam. Bez świadomości. Płynęłam z prądem wypatrując brzegu. Brzegu nie wiem czego. 
 
Wspomnienia, zdjęcie minionego, zapach z przeszłości, dźwięk miejsca… są piękniejsze. To one wywołują u mnie większe emocje niż realne przeżycie. Bo pozbawione wad, wypolerowane, nie pamiętające dyskomfortu. A przede wszystkim minione. Są historią, za którą można zatęsknić. Nie do odzyskania, więc piękną.  
 
Jest rok 2019 i teraz wiem – nie byłam tam i wtedy.